Volvo w Pradze (i my też;-)

Volvo w Pradze (i my też;-)

Dawno temu wybraliśmy się z Sylwią i naszym jamnikiem do Czech. Przejechaliśmy wtedy spory kawałek kraju, przez małe miasteczka, jedząc i bawiąc się z Czechami w ich knajpkach i barach. Jedyne co się nam wówczas nie udało – to wjechanie do Pragi. Próbowaliśmy pół dnia, ale z powodu setek robót drogowych – ciągle wypychało nas jakimś objazdem do punktu wyjścia. Daliśmy sobie wtedy luzu – kiedyś tu wrócimy i wjedziemy…

No właśnie – kiedyś – czyli kiedy? 😉 Czternaście lat później, już niestety bez psa, który nie dożył tej chwili – postanowiliśmy jechać do Pragi i tylko do Pragi. Poprzednio użyliśmy do tego celu Citroena BX i spaliśmy w namiocie. Teraz do dyspozycji był Żuk (ale odpadł bo czas nas gonił, a czas dojazdu do celu byłby zbyt długi) i nasze Volvo V70 (kombi) które czekało od roku na porządny test w warunkach campingowych;-) Dmuchany materac, lodówka, drugi akumulator za siedzeniem kierowcy, mała przetwornica, kilka drobiazgów i jedziemy z koksem.

Materacyk kupiliśmy kiedyś (a ze cztery lata temu) i nigdy nie używaliśmy. A jak się okazało to bardzo zacna rzecz, bowiem zawiera oprócz materaca, jeszcze prześcieradło z gumką i kołderkę mocowaną do prześcieradła, aby się nie ściągała. Na fotkach widać jak idealnie wypełnił on przestrzeń w aucie. Zdemontowałem przed wyjazdem tylne siedzenia (w Volvo wyciągają się ruchem ręki), a pozostały tylko ich oparcia z których powstaje płaska powierzchnia po złożeniu. Dzięki usunięciu siedzeń zyskaliśmy miejsce na akumulator do zasilania lodówki, oraz nasze bagaże kiedy idziemy spać.

Pakowaliśmy się raczej minimalistycznie, planując spanie w aucie raczej awaryjnie, liczyliśmy bowiem na warunki do powieszenia hamaków. Niestety finalnie okazało się że hamaki jedynie zajmują kawałek miejsca w samochodzie, bo spanie tylko w środku… Brak drzew w sensownym układzie. Gdyby był Żuk – to bez problemu hamaki rozpięlibyśmy między nim a solidnym ogrodzeniem. A tak to… Tym niemniej materac sprawdził się wyśmienicie, jedyne uwagi mam do auta – jest za nisko wewnątrz. Natomiast przyciemnienie wszystkich tylnych szyb okazało się strzałem w dziesiątkę – czuliśmy się jak Królewna Śnieżka w szklanej trumnie;-) Budząc się rano wszystko widzieliśmy, a nas nikt;-)

Cisarska Louka – widok po przebudzeniu po noclegu na dziko;-)

No dobra – pora na krótki opis wyprawy. Ruszyliśmy w sobotę po 10 rano w kierunku Katowic. Mieliśmy po drodze jedną szybką wizytę w Chorzowie, a potem wystartowaliśmy na Ostravę, Brno i potem Pragę. Planowaliśmy dotarcie do celu w okolicy 18:00 i spokojne wbicie na camping na wyspie Cisarska Louka (prawie w centrum Pragi). Są tam dwa spore campy, nie rezerwowaliśmy wcześniej miejsca, robiąc tradycyjny wyjazd „na pałę”. Niestety 2h straciliśmy w korku 120 km od Pragi. Stała cała autostrada z powodu prac na niej. Skutek był taki że bramy obu campingów były zamknięte na głucho, takoż i recepcje. Czesi nie czekają na klienta do końca – cenią sobie swój własny czas. Specjalnie nas ten problem nie wzruszył, 100 metrów dalej były przyjemne drzewa i kawałek zielonej trawki oraz zaparkowane tam auta. I dyskretnie dołączyliśmy do nich my;-)

Rano bez bawienia się w pitraszenie śniadania – szybki wjazd na camping. Za dwie osoby plus auto, na trzy dni – 175 zł w przeliczeniu. Camping raczej dość spartański, ale ciepła woda do mycia była, oraz doskonałe połączenie ze stałym lądem – zatem baza wypadowa jak złoto. Kąpiel, jedzonko i ruszamy w miasto. Przeprawa tramwajem wodnym pływającym jak wściekły – co ok. 10 minut – za darmo. Lądujemy na drugim brzegu Wełtawy i zaczynamy badanie miasta. Nie będę opisywał każdego dnia po kolei, wrzucę tylko subiektywne podsumowanie.

Praga nam się przede wszystkim podobała. Jest bardzo piękna, nietknięta wojną i takiego autentyzmu miasta szukaliśmy. Przyzwyczajeni do tego że w Piotrkowie, Warszawie, czy Gdańsku – jest sporo plomb budowlanych, braków budynków, dziwnych konstrukcji – tutaj widzieliśmy idealnie zachowaną tkankę miejską i to było bardzo fajne doznanie. Praga jest kosmopolityczna. Czułem się dosłownie jak w Londynie – angielski jest wszechobecny. Wchodząc gdziekolwiek – nawet nie było pytania „du ju spik inglisz?”, tylko była to oczywistość. Bez problemu na campingu, oraz w każdej knajpce, w tym w wietnamskich również;-) Policjantka która kontrolowała nas (względy bezpieczeństwa) przy wejściu na Hradczany – także się języka Szekspira nie wstydziła używać z lekkością.

Nie interesowały nas zbytnio zachwalane przez wszystkich zabytki i muzea. Prawdę mówiąc zazwyczaj starannie omijamy takie miejsca – bardziej interesuje nas życie mieszkańców i życie miasta, niż gablotki z zakurzoną starzyzną zebraną tu i ówdzie. Tak to zazwyczaj jest w polskich muzeach, ale nie robimy z tego zarzutu. Dwie duże wojny, 123 lata po rozbiorach, sporo akcji wynaradawiających – nie mamy wielu zabytków bo szlag je trafił (o rękopisach, przedmiotach drobnych mówię, nie o całych budynkach). Tutaj, w Pradze – zaskoczenie. Zwiedzając Hradczany, wchodząc w Złotą Uliczkę – widzimy domki rzemieślników i ich wyposażenie z epoki. Szacunek dla Czechów za zachowanie tego…

Jak wspomniałem wcześniej – bardziej interesowało nas życie miasta, więc wchodziliśmy w rozliczne zaułki i wąskie uliczki szukając fajnej i klimatycznej knajpki gdzie turystów jak na lekarstwo. Oglądaliśmy rozwiązania infrastrukturalne, analizowaliśmy co Czesi mają lepiej zrobione, a co gorzej niż my. Trafiliśmy też do muzeum erotycznego, prezentującego rozmaite sex maszynki z minionych epok. Niektóre okazały się raczej narzędziami tortur niż rozkoszy, no ale skoro kogoś to bawi to… Mnie osobiście rozbawił do łez wibrator napędzany silniczkiem parowym. Już widzę napaloną niewiastę jak rozpala pod kotłem przed zabawą;-))) Muzeum generalnie polecamy oboje – bogata kolekcja pornografii XIX wieku, do tego własnie owe maszyny, oraz minikino wyświetlające naprawdę ostre porno sprzed kilkudziesięciu lat i wcale nie żartuję. Warto zwiedzić – bilet dla jednej osoby – ok. 42 złote. A gdzie to dokładnie jest? Wpiszcie w Google „Old Sex Machines Prague” i samo wyjdzie;-)

W jednej z knajpek dopadliśmy świetną papierową mapkę miasta z naniesionymi ciekawymi miejscami i połączoną ze stroną awesomeprague.cz – polecam na nią zajrzeć, ale działa tylko na komórce. Idealnie sprawdziła się kiedy tropiliśmy dzieła Davida Cernego – bardzo interesującego rzeźbiarza. Można przejść Pragę jego szlakiem podziwiając naprawdę zaskakujące instalacje autora. To atrakcja warta zobaczenia. Szczególnie jedno dzieło zasługuje na uwagę (to dla zmotoryzowanych) a wcale nie tak łatwo je znaleźć. To replika Trabanta w skali 1:1, ale z ludzkimi nogami zamiast kół. Jest ukryta i wcale nie taka prosta do znalezienia. Nam się udało, ale bez wspomnianej strony awesomeprague.cz – pewnie byśmy nie dali rady. Jednak nie zdradzimy jak je znaleźć;-) Sami się pomęczcie… Zdjęcie dla zachęty poniżej, ale niestety nie targałem ze sobą lustra z teleobiektywem, a do samej rzeźby podejść się nie da ;-(

Obejrzeliśmy też most samobójców – czyli jedną z najsłynniejszych budowli infrastrukturalnych w Pradze. Ma ponad 500 metrów długości i łączy dwa wzgórza, przechodząc nad dachami domów. Nazwę swoją zawdzięcza okresowi komunizmu – oddany do użytku w 1975 roku, dopiero w 1990 (czyli po upadku komuny w Czechach) zyskał solidne bariery uniemożliwiające badanie teorii grawitacji. Wcześniej zdążyło z niego skoczyć ok. 300 osób. Pod mostem stoi pomnik ku ich pamięci. Niby zwykła latarnia, ale sama lampa jest „wywinięta” i oświetla most nad nią (filar konkretnie).

Dwa wybrane dzieła Cernego

Co jeszcze zwróciło naszą uwagę? Żyjąca rzeka, a na niej barki, łodzie, rowery wodne, kajaki, motorówki, statki pasażerskie. Warszawa ze swoją Wisłą to niestety miasto nad rzeką i nic poza tym. Nawet nowe bulwary wiślane nie ratują sytuacji bo na rzece nie dzieje się kompletnie NIC. W Pradze widać że Wełtawa jest istotną częścią miasta. Służy biznesowi i służy wypoczynkowi – obie te role są w doskonałej harmonii.

Na zakończenie – warto było do Pragi pojechać. Dotknąć, zobaczyć i poczuć. Spróbować wietnamskiej zupy Pho, która jest tam wszechobecna i to nawet w tradycyjnych praskich knajpkach. Tyle że można zamówić ją z piwem i wtedy smakuje jeszcze lepiej;-) Obejrzeć dzieła Cernego, przejść się uliczką gdzie tworzył Kafka, zajrzeć na Hradczany i poczuć powiew historii nieco starszej niż Polska. Nam się podobało…

Leave a Reply