Tu byłem. Tony Halik. A ja sprawdzam…

Tu byłem. Tony Halik. A ja sprawdzam…

Starszemu pokoleniu przypominać nie trzeba, ale już młodemu jak najbardziej wypada, bo pamięć o Tonym Haliku powoli niestety gaśnie. Był to człowiek który podobnie jak sir David Attnenborough trudnił się podróżami po świecie, kiedy zupełnie nie było to modne. I co najzabawniejsze – obaj robili to w tym samym czasie, po zakończeniu II wojny światowej. Obaj też zajmowali się filmowaniem przyrody i zgłębianiem jej tajemnic. Niestety Tony zmarł w 1998 roku, ale pozostawił po sobie mnóstwo materiału. Setki filmów, kilkanaście książek, notatki, wspomnienia, oraz wspaniałe zbiory najróżniejszych przedmiotów z całego świata (można je oglądać w Muzeum Podróżników w Toruniu). Dzisiaj podróżować może każdy, a nasz rodak robił to w czasach kiedy przejechanie jednej granicy potrafiło człowieka nieźle zmęczyć. O jakości dróg nie wspominając.

Miał nasz Tony (a właściwie Mieczysław bo to jego pierwsze imię) pewną cechę której zazwyczaj się nie lubi, ale która w jego wypadku nie jest wielkim grzechem – był bowiem kłamczuszkiem. Nie kłamcą zimnokrwistym, tylko takim nieszkodliwym blagierem. Jeśli przeżył ciekawą przygodę, ale w opowiadaniu o niej mógł nieco to i owo przestawić lub wyolbrzymić i ubarwić dla lepszego efektu – nie wahał się ani chwili. Wyraźnie o tym opowiada Mirosław Wlekły w swojej znakomitej książce o Tonym – „Tu byłem. Tony Halik”. Opisuje jak Tony zmieniał się kiedy ruszała kamera, stając się dziarskim i gadatliwym osobnikiem, oraz wiele jego opowieści które z czasem zmieniały nieco treść, bohaterów, etc.

Ja się oczywiście absolutnie nie czepiam Tonego, bo sam robię to samo. Też zdarza mi się nieco nagiąć przeżytą rzeczywistość, aby w opowiadaniu o przygodzie był lepszy efekt. Cudnie patrzeć na ludzi jak bawi ich historia którą opowiadam. Jednak to co bardzo lubię – to przyłapać Halika na jego małych „kłamstewkach”. Jako że w planach moich i Sylwii jest przejechanie trasy podobnej do tej którą Tony z żoną Pierette zrobili w latach 1957-61 – siłą rzeczy zacząłem badać całe zagadnienie z różnych stron. W tym oczywiście lektura kilku książek Halika –  „180 tysięcy kilometrów przygody” i „Jeep”. I podczas ich czytania – kilka razy przyłapałem autora na kolorowaniu rzeczywistości, lub jej wręcz przemieszaniu.

Głównie mam na myśli tę pierwszą książkę. Jej tytuł jest intrygujący i śmiem twierdzić ze podkręcony w górę o dobre 50% 😉 Oczywiście – dowody mam, a jakże. Nie są to dowody twarde, a jedynie obliczeniowe, ale pozwalają na ciekawe spojrzenie na rzeczony dystans. Zatem po kolei:

Wikipedia – https://pl.wikipedia.org/wiki/Tony_Halik – cytuję (bo zapewne niebawem treść na wiki się zmieni;-) : „Najsłynniejszą podróż odbył z żoną Pierrette jeepem z Ziemi Ognistej do Alaski. Rozpoczęła się ona w 1957 i trwała 1536 dni – przemierzyli 182 624 km (ponad czterokrotna długość równika Ziemi) i wydali ponad 80 tysięcy dolarów.”

Brzmi dobrze, no nie? Cztery razy równik. No no no. Ziemia to kula, lekko spłaszczona. Zatem skoro to kula – to zarówno obwód na równiku, jak i na dowolnym południku powinien być podobny, z uwzględnieniem tej drobnej różnicy z powodu spłaszczenia. Czyli również w okolicy 40 000 km. Komuś zapaliła się lampka? Nie? To teraz użyjemy trochę danych. Też z Wikipedii. Tym razem ten artykuł – https://pl.wikipedia.org/wiki/Droga_Panamerykańska – wielkiej tajemnicy tu nie ma – droga która przebiega przez obie Ameryki ma raptem 30 000 km z ogonkiem (średnia długość dowolnego południka to ok. 20 004 km). Czyli trzeba by ją przejechać trzy razy w tę i z powrotem aby uzyskać 180 000 km na liczniku auta. A ile by to potrwało? Z szybkiego obliczenia – 180 000 km / 1536 dni = 117,19 km na dzień. Tyle musiałby codziennie przejechać. Czy to możliwe? Dzisiaj po autostradach – tak. Żukiem zrobiliśmy w drodze do Afryki 3700 km w 72 godziny. Da się. Ale to jest masakra dla kierowcy, auta i pasażerów. W przypadku wyprawy Halików – to zwyczajnie niemożliwe. Czytając książkę wyraźnie bije z niej raczej niespieszne zwiedzanie, niż dziki rajd w naszym stylu;-) Ponadto Tony filmował. A każdy kto choć raz próbował nakręcić fajny film ze Złombola czy wakacji – wie ile czasu pochłania filmowanie i to używając nowoczesnych kamer cyfrowych. Tony miał do dyspozycji starożytną technikę na taśmę światłoczułą. Dużo bardziej czasochłonną w użytkowaniu. I na deser – w drodze powrotnej jechali z synem. Malutkim, świeżo urodzonym. To też nie ułatwia jazdy.

 

 

Na wyklejce książki narysowana jest trasa którą przejechali. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym jej nie przeanalizował i podliczył. Wynik poniżej:

Buenos Aires – Ushuaia – 3076 km
Ushuaia – Salta – 440 km
Salta – Santiago – 1748 km
Santiago – La Paz – 2456 km
La Paz – Cuenca – 2966 km
Cuenca – Guayaquill – 175 km
Guayaquill – Quito – 417 km
Quito – Medellin – 1595 km-
Medellin – Panama – 550 km – szacunkowo + droga morska
Panama – El Paso – 6988 km
El Paso – Memphis – Miami – 3443 km
Miami – Chicago – 2209 km
Chicago – Waszyngton – Nowy Jork – Montreal – Edmonton – Fairbanks – 5330 mil = 8528 km

Suma – 34 591 km

Nawet przyjmując że wracali kropka w kropkę po swoich śladach – to powyższy wynik, zaokrąglam do 40 000 i mnożę przez dwa – mam 80 000 km. Nie 180 000. A z kolei 80 000 km / 1526 dni = 52 km na dzień. No już bardziej prawdopodobne i możliwe do zrealizowania. Ale nadal dręczyło mnie skąd on wytrzasnął to 180 000 km? I w Muzeum Podróżników w Toruniu znalazłem pewną poszlakę. Na jednym ze zdjęć wyraźnie widać mapę (fotka) PLANOWANEJ, a nie rzeczywistej podróży.

Obie Ameryki dookoła. Mieli oboje rozmach;-) Podróż taka była i nadal jest jednak niemożliwa w całości na kołach. Ale o tym za chwilę. Wracając do trasy – zgrubnie obliczyłem przy pomocy Google Maps – Ameryka Południowa „dookoła” to jakieś 31 000 km, a Północna 36 000 km. Doliczając różne dodatkowe zjazdy, dojazdy – wychodzi mi powiedzmy plus/minus 77 000 km. Czyli znowu prawie 80 000 km i za nic nie da się wcisnąć więcej. Albo brakuje czasu, albo dróg po których można by nakręcić taki dystans. Co zaś do planowanej trasy i jej niemożliwości – nie ma dróg nawet i dzisiaj w północnej części Ameryki Południowej, nad Brazylią – tam gdzie są Gujany i Surinam. Tam się po prostu jechać nie da. Do tego nie ma jak pokonać Amazonki – bo nie ma mostów (owszem, promy są).

Jedyne co przyszło mi do głowy aby te nieszczęsne 182 624 kilometrów jakoś umocować w rzeczywistości to pewna prosta drobnostka – prędkościomierze mechaniczne instalowane w autach z dawnych lat miały mechaniczne odliczanie przebiegu, na pięciu bębenkach. Czyli liczyły kilometry do 99 999 i zaczynały od początku – dokładnie jak u nas w Żuku. I teraz widzę taką opcję – nasz ukochany blagier zwyczajnie dorzucił jedynkę z przodu, bo czemu nie, nikt tego przecież nie sprawdzi, a mołojecka sława większa.

 

licznik prędkościomierz tachometr jeep willys - 8388099328 - oficjalne archiwum Allegro

Prędkościomierz z Willysa. Niestety nie wiem czy licencyjne, argentyńskie jeepy z firmy IKA miały skalowane w milach czy kilometrach 

Jest jeszcze jeden drobiazg – trwałość silnika. Antonio dostał zapewnienie od firmy IKA że jeśli wróci z Alaski i będzie miał nadal fabrycznie zaplombowany silnik, to otrzyma fabrycznie nowe auto z aktualnej produkcji. Jak starsi kierowcy wiedzą – silniki produkowane w dawnych czasach nie grzeszyły trwałością. Nasze Żuki, Nysy, Warszawy (auta z tej samej epoki) robiły do remontu silnika ok. 100 000 km. Później traciły moc, wymagały skomplikowanych zabiegów mechanicznych, wymiany wielu elementów na nadwymiarowe, etc. W tamtych latach dotyczyło to praktycznie całej produkcji motoryzacyjnej, bez względu na kraj. Dlatego też tym bardziej ten wyczyn moim zdaniem zakończył się na pokonaniu maksymalnie 80 000 km.

Kolejne drobne kłamstewka to już sama treść obu książek – „180 000 kilometrów przygody” i „Jeep”. Obie są właściwie zbiorem różnych opowiastek, bez układu chronologicznego, nie są typowym dziennikiem z drogi, mimo że obie dotyczą teoretycznie tej samej wyprawy – z lat 1957-61. I właśnie w nich kryje się kilka całkiem zabawnych nieścisłości. W książce „Jeep” Halik opisuje swój lot śmigłowcem który się rozbił. Wspomina tam o „wojnie futbolowej”. I tu właśnie jest wpadka, bowiem rzeczona wojna odbyła się w 1969 roku, osiem lat po zakończeniu przez niego podróży. A z treści wynika jakby to było w jej trakcie. Druga taka całkiem ciekawa „wpadka” to opowiadanie o polowaniu na kondory, również w książce „Jeep” – jest tam zdanie w którym pisze o wymianie kasety i baterii w kamerze. Jest stosunkowo mało prawdopodobne, aby w tamtych czasach posługiwał się taką kamerą – raczej była to napędzana sprężyną (jak zegary) kamera ręczna na taśmę światłoczułą. Aczkolwiek nie będę się tutaj upierał, być może w świecie profesjonalnych kamer z tamtych lat – jak najbardziej istniały modele z bateryjnym zasilaniem (słowo kaseta może dotyczyć po prostu kasety z taśmą, a nie dzisiaj rozumianej np. kasety VHS). Na koniec jeszcze tylko wspomnę że opisuje różne wydarzenia które trwały od kilkunastu dni do kilku miesięcy, w czasie których nie jechał przez Ameryki, tylko np. wydobywał złoto, albo mieszkał sam z rdzenną ludnością. Każdy dzień w takiej podróży kiedy się nie jedzie – to więcej kilometrów do pokonania w kolejnych dniach. I jeśli przyjmiemy założenie – że jechali tylko co drugi dzień – to wyliczone przez mnie 52 km dziennie – zamieniają się w 104 km dziennie. A jeśli co trzeci dzień – to mamy 156 km na dobę. To po prostu nie jest możliwe do wykonania. Dlatego też obie książki z tej wyprawy należy traktować raczej jak dobrą opowieść niż wierne przedstawienie faktów.

Liczyłem w tych książkach na nieco więcej bezcennej wiedzy na temat samej drogi, podróży, przygotowania auta, ale niestety tego brak. Nie szkodzi oczywiście – książki czyta się doskonale, Tony pisze wspaniale a ja szukam dziury w całym jak zwykle dla zasady 😉 Trasę Tonego i Pierette przejedziemy z Sylwią, wzbogacając ją oczywiście o nasze akcenty. Zrobimy też fajne naklejki „Tu byłem. Tony Halik.” i będziemy znakować miejsca gdzie oni byli na pewno;-)

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *