Nasza dzika kuchnia

Nasza dzika kuchnia

W podróży, gdzie sami coś gotujemy, dużym problemem są brudne naczynia i sztućce. Człowiek przyzwyczajony w domu do bieżącej, ciepłej wody i niejednokrotnie zmywarki – zapomina że w terenie nie tak łatwo domyć to, co się ubrudziło. Na naszym Złombolowym wyjeździe byliśmy w pięć osób i radziliśmy sobie z tym problemem codziennie, bo produkowaliśmy całkiem sporo pożywienia;-)

Cały zestaw MealKit. Foto producenta.

Przede wszystkim zabraliśmy ze sobą zestawy MealKit ze szwedzkiej firmy LightMyFire, zamiast klasycznych talerzy. To uniwersalne zestawy dwóch „talerzy”, dwóch szczelnych pojemników, deski do krojenia, składanego kubka oraz „łyżkonożowidelca” – czyli Sporka. Całość jest dość kompaktowa i bardzo praktyczna w użytkowaniu. Szwedzi kochają przedmioty piękne i funkcjonalne zarazem, a my kochamy szwedzkie wyroby;-) Sporków luzem wzięliśmy dodatkowo kilka sztuk, bo niestety czasem komuś może zdarzyć się złamanie (nam pękł jeden).

Głęboki „talerz” z MealKita i czerwony Spork.
Nawet najfajniejsze talerze trudno domyć po tłustym jedzeniu bez ciepłej wody, dlatego w naszych kuchennych skrzynkach mieliśmy spory zapas jednorazowych talerzyków i używaliśmy ich do wszelkich pysznych jajecznic na boczku, oraz innych „brudzących” potraw. Do szybkiego mycia sztućców (używaliśmy Sporków z zestawów MealKit) stosowaliśmy sprytny patent – atomizer jak do mycia szyb, z mieszanką wody i środka myjącego. Wystarczyło opryskać sztućce, opłukać  i wytrzeć do sucha papierowymi ręcznikami. Ręczniki papierowe na dużej rolce to konieczne wyposażenie – ratowały sytuację wiele razy;-) Ostatnim elementem były worki na śmieci o pojemności 60 litrów. To optymalna pojemność – ryzyko napakowania powyżej granicy wytrzymałości jest stosunkowo niewielkie;-) Worki mają też mnóstwo innych zastosowań – można zawinąć w nie brudne rzeczy, aby nie brudziły bagażnika, itp.

Co ciekawe – nawet na dość drogich campingach nie było ciepłej wody w miejscach gdzie przy umywalniach można było umyć naczynia. Natomiast raczej bez problemu ciepła woda do mycia naczyń była na campingach dwu i trzygwiazdkowych. Podobnie zresztą było z wodą do mycia samego siebie… Nauczka dla nas – celować w tańsze campingi z mniejsza ilością gwiazdek;-)

Kolejnym elementem naszej kuchni były dwie tanie patelnie z IKEA. Zaskakująco dobre i wytrzymałe jak na cenę – KAVALKAD za 25 zł;-) Jak stwierdziła Sylwia – lepiej się na nich smażyło niż na Tefalu;-) Patelnie kupiliśmy nowe, bowiem po raz pierwszy pojechaliśmy na wyjazd z kuchenką typu CampBistro – czyli płaską, jednopalnikową, z gustowną walizką. Mamy kilka małych kuchenek turystycznych, ale gotowanie na nich większych ilości jedzenia (dla pięciu osób) nie jest najprostsze z racji małej stabilności i niewielkiej średnicy płomienia. Dlatego właśnie zdecydowaliśmy się na zabranie dużej kuchenki i dużych garów.

O CampBistro słów kilka.

Nie wiem kto pierwszy wymyślił kuchenki tego typu, ale dostępne są w szerokim wyborze cenowym – najdroższy jest Campingaz (ok. 100 zł), w Juli są wersje tańsze (ok. 50 zł), a na Allegro spotkać można i po 25 zł chińskie wariacje na temat. Kuchenka ta występuje w dwóch wersjach i warto o tym wiedzieć przed zakupem. Pierwsza obsługuje tylko zasilanie z kartusza typu CP, a druga ma wejście na zwykłą butlę. Dla osób okazjonalnie korzystających na kilku wyjazdach w roku – wystarczy ta pierwsza. Jeśli jednak ktoś jeździ często i chce tanio mieć gaz – zdecydowanie opcja z wejściem na dużą butlę, trzeba tylko dokupić reduktor.

Gotowanie na CampBistro. To ta niebieska kuchenka;-)

CampBistro z kartuszem CP pracuje non stop przez około 70 minut. Cena jednego kartusza to ok. 15 zł za Campingaz, 11 zł za puszki z Juli i ok. 5 zł za puszki z Allegro. W każdej z nich jest izobutan, aczkolwiek niektórzy twierdzą że w tych najtańszych ma on dużo mniejszą kaloryczność niż w droższych. Skutkiem jest wolniejsze gotowanie, przy tym samym zużyciu gazu.

Warto kuchenkę uzupełnić o płytę grillową z Juli – kosztuje całe 25 zł i pozwala natychmiast rozpocząć grillowanie. Nie ma całego cyrku z rozkładaniem grilla, jego skręcaniem, rozpalaniem, a później sprzątaniem i składaniem. Płyta nie zajmuje miejsca w bagażu i pozwala grillować nawet tam gdzie to zabronione. Nie ma bowiem żadnego dymu i smrodu – czysta radość;-)

Aby oszczędzić nieco gazu w butlach CP – używaliśmy też czajnika survivalowego, o którym pisałem w jednym z poprzednich wpisów. Gorąca woda uzyskana w nim za darmo – służyła również do szybkiego zmywania patelni, garnków itp.

Zbiornik z wodą, o pojemności 20 litrów okazał się nieoceniony podczas podróży. Wyposażony w kran spustowy pozwalał nam wygodnie pobierać wodę (trzeba tylko było pamiętać o jej codziennym uzupełnianiu;-) do celów gospodarczych. Zakupiony za 30 zł na Allegro. Ilość wody była dobrze dobrana – nie odczuliśmy nigdy braku, w ciągu dnia zużywaliśmy ok. 4-8 litrów podczas podróży, a przy dzikim campingu (nie było jak uzupełnić w ciągu doby) wyszło ok. 16 litrów.

Technika pakowania i rozkładania

W Żuku, już po dwóch dniach wspólnej jazdy, udało się nam ustalić pewne zasady związane z pakowaniem auta. W dwóch składanych skrzynkach umieściliśmy wszystkie akcesoria okołokuchenne. W kolejnych dwóch – pożywienie, ale te wstawialiśmy na najwyższą półkę. Na najniższej półce w bagażniku umieszczaliśmy zestaw podstawowy. Po lewej znajdował się 20-to litrowy zbiornik z wodą pitną (z kranikiem). Na nim w czasie podróży jechała kuchenka CampBistro w walizce, obok zaś leżał składany stół, a na nim stały skrzynki z „kuchnią”. Zatrzymywaliśmy się gdziekolwiek, gdzie było bezpiecznie i ładnie;-) W Pirenejach pitrasilismy szybki obiadek na wysokości nieco ponad 1000 m z widokiem na przepiękną dolinę. Przy autostradach rozkładaliśmy nasz bufet na parkingach.

Szybka kolacja na włoskiej autostradzie

Po zatrzymaniu się, szybko i sprawnie rozstawialiśmy sprzęt i braliśmy się za gotowanie jedzenia, albo tylko robienie kawy/herbaty i kanapek. Kuchenka lądowała na małym stoliczku, a duży służył dla nas. Nie byliśmy wcale jedynymi którzy tak robili, ale chyba wyjmowaliśmy do tego celu najwięcej sprzętu;-) Po zakończeniu operacji – zmywaliśmy i czyściliśmy sprzęt, studziliśmy kuchenkę i czajnik, szybkie pakowanie i jazda dalej. Operacja pakowania zabierała nam dosłownie kilka minut.

Całkiem przydatnym gadżetem były zakupione w Decathlonie składane krzesła – to te na powyższej fotce z napisami na plecach. Ok. 40 zł sztuka, bez podłokietników. Zajmują stosunkowo niewiele miejsca, składają się w słupek i mało ważą. Do tego są solidne, czego nie da się powiedzieć o podobnym modelu z podłokietnikami, dostępnym w zwykłych marketach za ok. 50 zł – te się ordynarnie prują i rozpadają dość szybko. Opcjonalnie można kupić z podłokietnikami, ale własnie w Decathlonie – są zdecydowanie solidniejsze od marketowego chłamu. Jednakże dla bardziej majętnego zaleciłbym zakup w specjalizowanym sklepie produktów np. Outwell – drogo, ale naprawdę niezniszczalne. Jeśli ktoś często wyjeżdża to po prostu warto.

Co się nie sprawdziło?

Stolik uniwersalny widoczny na zdjęciu powyżej okazał się niestety niewypałem. Kupiony jako używany, z Allegro za 100 zł, pozornie cały, ale niestety plastik z którego był wykonany zaczynał pękać ze starości szybko i sprawnie, był bowiem mocno już zmęczony i kruchy. Kupienie dobrego stolika turystycznego to jest spore wyzwanie. Ceny rzędu 500 zł wydają się absurdalne, ale brutalna rzeczywistość mówi – chcesz solidne i na lata? To płać. Podobny do tego ze zdjęcia, stolik ze zintegrowanymi siedziskami, wykonany z aluminium to ok. 550 zł. Można kupić stoliki nieco prostsze, bez zintegrowanych siedzisk, za ok. 200-300 zł, ale my zdecydowaliśmy się wydać raz a dobrze, tym bardziej że właśnie są wyprzedaże sprzętu turystycznego i można trafić za ok. 350 zł porządny mebel w przecenie.
Tandetna skrzynka po prawej. Przy okazji widać płytę grillową na kuchence.
Kolejną wtopą są składane skrzynki po kilkanaście złotych z marketu. Rozpadają się od samego stania i patrzenia na nie, ale kupiliśmy je ze względu na idealny prostopadłościan, bo wszelkie skrzynki nieskładane, z przeźroczystego plastiku są bardziej trapezowe – aby dało się je puste składać jedną w drugą. Niestety takie pojemniki powodują że pomiędzy nimi pozostaje mnóstwo pustej i niewykorzystanej przestrzeni, Na razie szukamy nowych, fajniejszych skrzynek, które będą solidne, przeźroczyste i prostopadłościenne.
Lodówka z której korzystaliśmy, widoczna na fotce powyżej, obok niebieskiego pojemnika, jest przedmiotem lekko spornym. Z jednej strony chłodziła nam jedzenie i piwo. Z drugiej zaś robiła to nie do końca tak jak byśmy oczekiwali. Dlatego nie jest jednoznaczną wtopą, bo sytuacja bez niej była by jeszcze gorsza, ale nie jest też znakomitym wyborem, choć jak na klasę cenową – sprawdziła się dobrze. Tutaj też już wiemy że trzeba pójść w bardziej wypasione rozwiązanie i niestety nie będzie ono tanie z racji nieubłaganych praw fizyki. 
Większość lodówek do powiedzmy 500 zł potrafi schłodzić o ok. 20 stopni w stosunku do temperatury otoczenia. Powyżej tej ceny zaczynają się lodówki do przyczep campingowych i camperów z opcją chłodzenia na gaz turystyczny i dopiero one potrafią solidnie schładzać. Najlepsze zaś to maszyny sprężarkowe, przy czym ceny zaczynają się od ok. 1500 zł. Za to wówczas można nawet zamrażać jedzenie, co w warunkach podróży nie jest bez znaczenia.
Podsumowanie

Wiemy już że potrzebujemy stolika, dobrej lodówki i pojemników na sprzęt. Dodałbym do tej listy jeszcze kilka drobiazgów których nie mieliśmy, a by się przydały. Po pierwsze na pewno fajna lampka, mocowana na magnes, z opcją łatwego skierowania jej w gary. Na pewno łatwiej by się nam gotowało po ciemku, aczkolwiek radziliśmy sobie za pomocą żarówy na kablu;-) 

Po drugie zwykła deska do krojenia – zabraliśmy tylko te małe, plastikowe z zestawów MealKit – są fajne, ale za małe;-( Po trzecie pojemnik na jedzenie, duży, o pojemności ok. 25 litrów, ale szczelnie zamykany. Trochę mrówki nam zwiedzały pożywienie tu i ówdzie;-)

W miarę wyjeżdżania na kolejne wypady – dobierzemy sobie sprzęt tak, aby było dobrze i wygodnie;-)

Leave a Reply