Halo, tu brzoza, tu brzoza…

Halo, tu brzoza, tu brzoza…

…źle Cię słyszę. Powtarzam – powiedział że matka siedzi z tyłu!

Klasyka gatunku, czyli piękny cytat z Misia. Minęło jednak dziesiąt lat od tych wydarzeń i aktualnie mamy spory postęp cywilizacyjny – każdy z nas ma małe pudełko z ekranikiem i dostęp do ludzkiej skarbnicy wiedzy. W kieszeni… Jednak w czasie wojaży zagranicznych mamy pewne problemy. Unia Europejska rękoma swoich Wysokich i Wspaniałych Komisarzy zmusiła wreszcie dowcipnych operatorów telekomunikacyjnych do obcięcia cen, co pozwoliło spokojnie jeździć po Europie korzystając z internetu jak człowiek. Co prawda nadal lekko jesteśmy „dymani” ale już bardziej w granicach rozsądku.

Problem jednak pojawia się w takich krajach jak Szwajcaria, Albania, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Macedonia, Turcja, Gruzja i całe wiadro innych, ale już poza Europą. Jak żyć Panie Premierze, jak żyć? Sposobów jest mnóstwo, od polowania na darmowe WiFi w knajpkach, poprzez specjalne aplikacje do łowienia udostępnionych sieci domowych, aż po zakup lokalnej karty SIM. I o tym ostatnim rozwiązaniu opowiem, bo z nim mamy w naszych podróżach największe doświadczenie i coś Wam podpowiemy.

Zakup lokalnego SIM ma sens wtedy kiedy planujemy pobyt dłuższy niż powiedzmy 4 dni. Ale jeśli jedziemy w kilka osób – to nawet i 2 dni bez netu mogą utrudnić znacznie kontakt z krajem, a są ludzie którzy nawet w podróży prowadzą interesy i tego kontaktu potrzebują w trybie ciągłym. My zawsze jedziemy w 4 osoby i potrzebujemy internetu do nawigacji, wyszukiwania ciekawych miejsc, noclegów, sprawdzania trasy, rozkładu jazdy autobusów i co tam jeszcze. No i oczywiście na FB fotkę trzeba wrzucić. Idealnym rozwiązaniem w naszym, konkretnym przypadku – jest właśnie zakup SIM od lokalnego operatora. Opowiem o tym na przykładzie naszej ostatniej podróży do Gruzji.

Jechaliśmy autem przez Europę aż do Grecji mając euroroaming. W Turcji mieliśmy spędzić 2 dni jadąc w kierunku Gruzji i 3-4 dni wracając. Zdecydowaliśmy więc o zakupie karty z zasobem 15GB (było jakieś promo z 10 na 15GB) i ważnością jeden miesiąc. Samo kupienie karty to banał, sklepików jest mnóstwo, trzeba tylko dać paszport i ognia. Turcy podobno blokują po jakimś czasie niezgłoszone telefony na podstawie IMEI, ale w naszym przypadku nie łapaliśmy się pod ten problem (robią to chyba po miesiącu). Dobra, jest karta i co dalej? Wielu z Was ma takie małe, fajne routerki od operatora, często za złotówkę. Są one jednak całkiem do dupy w podróży. Tak, naprawdę SĄ DO DUPY i szkoda je ze sobą zabierać. Dlaczego tak uważam? Bo w wielu już krajach kupowałem SIM i wiem że APN czyli punkt dostępu który powinien być zaszyty w karcie – rzadko występuje. Albo przychodzi po włożeniu karty SMS z infem że zaraz będzie SMS z konfiguracją internetu i MMS, albo trzeba pana w budce który kartę sprzedał – zaprząc do jej konfiguracji.

To że w Polsce konfiguracja w każdej z czterech wiodących sieci sprowadza się do wpisania w pole APN słowa „internet”, bez loginów, haseł, kodów, specjalnych ciągów, itp. nie znaczy że gdzie indziej też tak jest. Konfiguracja mauretańskiego Mauritela wymagała np. podjechania do punktu gdzie pan w komputerze swoim wprowadził w okienku DOS z palca – długą linię wprost w system operatora. Bez tego nie działało. Tak, takie cyrki nie są niczym dziwnym. I teraz wyobraźcie sobie siebie. Macie kartę, włożyliście ją do tego małego routerka. Przyszedł SMS. Jak go odczytacie? Podłączając router do komputera. A komputer macie po polsku, zaś SMS po turecku. Dacie panu router i laptopa żeby Wam to skonfigurował? Powodzenia;-)

Ten problem wcale nie jest trywialny, ale na szczęście Polak potrafi i powiem Wam jak my rozwiązujemy to najprostszym sposobem. Pakuję na wyjazd Samsunga Galaxy Note III z baterią 10 Ah. Tak, dziesięć amperogodzin. Routery mają 20 razy mniejsze. A to bardzo ważna rzecz, bo pracujący access point żre baterię bez opamiętania. Wchodzimy do sklepiku gdzie Pan sprzedaje karty. Mówimy jakkolwiek bądź o co nam chodzi i dokonujemy zakupu. Następnie karta wkładana jest do Note III i odpalamy podział netu (punkt dostępu, tethering, udostępnianie internetu czy jak tam to nazwał gość co robił polskie menu;-). Drugim telefonem z ubitymi oczywiście transmisjami komórkowymi, a jedynie z włączonym WiFi – sprawdzam. Jak działa to się uśmiechamy, dziękujemy i idziemy w diabły. Jak nie – to po pierwsze zmieniam język w telefonie na taki który sprzedawca ogarnia, potem wchodzę w ustawienia APN i mówię mu żeby wpisał co trzeba. nie potrzebuję do tego laptopa, ani biegłej znajomości francuskiego, pasztuńskiego czy tureckiego. Sprawę ogarniamy w kilka minut i mamy internet.

Note ląduje w kieszeni moich bojówek i możemy np. pójść w miasto. Duża bateria zapewnia całej czwórce dostęp do internetu przez dobre 10 -15 godzin i to bez jakichkolwiek ograniczeń. Duża paczka netu tym bardziej to ułatwia. Telefon dawca jest ładowany w aucie do pełna, więc kiedy ruszamy na łażenie – jest zawsze gotowy dawać net. Podczas jazdy daje jeszcze dodatkowo internet dla tabletu nawigacyjnego wbudowanego w auto. A kiedy zwiedzamy pieszo – nie trzeba pilnować się nawzajem. Każdy pilnuje mnie, bo to ja mam źródło mądrości i radości;-) Bo czymże jest nawet najpiękniejsza fotka z wakacji jeśli nie ma możliwości wkurzenia nią na fejsie ciężko pracujących znajomych? 😉 Celowo używamy osobnego telefonu który tylko daje net. Mógłbym oczywiście w tym czasie dodatkowo z niego korzystać, ale podświetlenie ekranu też drenuje baterię, a ważne jest aby każdy miał dostęp na równych prawach;-)

Opuszczając Turcję, po wjeździe do Gruzji – powtórzyliśmy operację z zakupem lokalnej karty (tydzień pobytu) i jej uruchomieniem w Note. Karta turecka została schowana i w drodze powrotnej ponownie użyta. Robiąc taki ruch – weźcie zawsze kartkę, długopis i ZANIM wyjmiecie starą kartę z telefonu – wejdźcie w ustawienia Internet – APN i sobie je zanotujcie. Telefon powinien je zapamiętać, ale może zapomnieć – a pana sprzedawcy pod ręką już nie będzie. Przewidywanie problemów to podstawa;-)

Oczywiście ktoś powie że to tylko internet, a nie połączenia telefoniczne w ten sposób załatwimy, ale po pierwsze można sobie pogadać paszczą przez dowolny niemal komunikator (Signal, Whats up, Telegram, Messenger), a po drugie niektórzy operatorzy wprowadzają już usługę Voice over WIFI – o szczegółach poczytać można np. tutaj – https://www.orange.pl/view/wificalling.  Oczywiście telefon musi to umieć a operator obsługiwać, ale to tylko kwestia czasu – wszyscy będą mieli w ofercie to rozwiązanie już niebawem.

Na zakończenie – poszukajcie na Allegro albo we własnej szufladzie telefonu typu smartfon, z Androidem w wersji minimum 4.0, do którego można jeszcze kupić byczą baterię i zróbcie sobie taki wyjazdowy sprzęt. Powerbanków nie polecam, bo to kolejne pudełko i kabelek do pilnowania i noszenia.  Ja polecić mogę właśnie Note III lub Galaxy S4. Kluczowa jest dostępność dużej baterii i możliwość jej łatwego podłączenia. Zdarzają się bowiem telefony z niewymienną baterią, ale można do nich kupić dopinane plecki z drugą. Tu już musicie sami kombinować.

Leave a Reply