Gruzja zdobyta!

Gruzja zdobyta!

Wróciliśmy do domu. Cali, zdrowi, szczęśliwi. W Turcji nie było terrorystów, nikt na nas nie czyhał. A tak nam wszyscy znawcy tematu obiecywali gwałty i morderstwa na zlecenie;-) Wszystko udało się dokładnie tak jak sobie zaplanowaliśmy. Zawieźliśmy dary dla dzieciaków z okręgu Gori w Gruzji – co było głównym celem wyprawy, pozyskaliśmy kasę dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i fundacji Rak&Roll – co było celem dodatkowym, nie mniej jednak ważnym. Ponadto doskonale się bawiliśmy i chłonęliśmy świat szeroko otwartymi wszystkimi zmysłami. Starzy znajomi nie zawiedli, a nowi okazali się ciekawymi ludźmi. Wieczorne spotkania i integracje oraz animacje zapamiętamy na długo. Było wspaniale. I tak to zapamiętamy…

Wyruszyliśmy 2 września, z Warszawy, w jedenaście ekip. Miasto żegnało nas deszczem i paskudną pogodą. Zresztą reszta kraju nie była wcale lepsza. Przejechaliśmy Polskę do granicy słowackiej i tam dopiero zrobiło się nieco bardziej sucho. Nie chciało nam się spać na pierwszym kempingu w Koszycach, czuliśmy się świetnie, więc ruszyliśmy od razu na drugi do rumuńskiego Cluj-Napoca. W drodze towarzyszył nam szalony maluszek z dwuosobową załogą kompletnych wariatów;-) Jechali, jak czuli zmęczenie to spali w aucie, regenerowali się i ogień na tłoki, aby dalej przed siebie… Na rumuńskim campie byliśmy wraz z nimi o świcie, odpoczęliśmy kilka godzin i stwierdziliśmy że jedziemy dalej – na trasę Transfogaraską.

Dotarliśmy do niej popołudniem i zamiast spać gdzieś na dole – postanowiliśmy spać na szczycie. Wjechaliśmy więc na 2200 metrów w ostatnich promieniach słońca i rozłożyliśmy obóz obok spotkanych tam Polaków – mocno zdziwionych naszymi maszynami. Noc zimna, ale co tam, raz się żyje;-) Poranek wcale nie cieplejszy, więc szybko zjechaliśmy pod zamek Vlada Palovnika, gdzie dopiero zjedliśmy śniadanie, wysuszyliśmy namiot i ogrzaliśmy się w słońcu. Tam też dopadła nas zaprzyjaźniona załoga „Limbowa – najlepsza ulica w Gdyni” (Polonez Truck Roy). Znamy się od dawna i lubimy. Dlatego też dalszą podróż odbyliśmy wspólnie (maluch w międzyczasie wystartował prosto na Turcję). Wraz z Limbową pokonaliśmy Rumunię i Bułgarię, docierając późno w nocy w okolice tureckiej granicy, gdzie czekała na nas kolejna załoga – Mobilna Baza Rebeliantów jadąca w Renault 19 cabrio. Wspólna integracja trwała do bladego świtu i to ma swój urok;-)

W trzy wozy, następnego ranka zaatakowaliśmy turecką granicę. Udało się sprawnie, w pół godziny (inne ekipy spędziły do siedmiu godzin na tej atrakcji). Ruszyliśmy do Istambułu wioząc na naszych autach nowe hasło „Albo grubo, albo wcale”. Największe miasto Turcji zrobiło na nas piorunujące wrażenie. Dwadzieścia milionów ludzi, wszędzie budynki, wielopasmowe autostrady i 100 km szerokości. Urywa głowę. Warszawa, czy Londyn – miasta które znam dobrze – to sioła w porównaniu z Istambułem. Kilka godzin poświęciliśmy na pobieżne rzucenie okiem na Błękitny Meczet i kilka innych obiektów w okolicy. Spróbowaliśmy kuchni tureckiej i około 23:00 – wyjechaliśmy do Adampola (Polonezkoy), gdzie spędziliśmy noc na dziko.

Rano Limbowa ruszyła pierwsza, wraz z Mobilną Bazą Rebeliantów, a my pozostaliśmy w Adampolu, z poznanymi rano Polakami jadącymi terenówką do Gruzji. Wraz z nimi wysłuchaliśmy pięknej opowieści Pana Antoniego – mieszkańca tej polskiej wsi nad Bosforem. O historii, o przyszłości, o Polsce. Szalenie miło. A do tego wspaniałe jedzenie – czego więc chcieć więcej? Niestety gonić zaczął nas czas, więc wczesnym południem ruszyliśmy do Samsun, gdzie mieliśmy spotkać Limbową i Bazę i razem spędzić noc na campingu. Przejazd wielopasmowymi autostradami tureckimi to coś co nas szalenie zaskoczyło. Równe, szerokie i zatłoczone. Mnóstwo podjazdów i zjazdów. Piękne nadmorskie widoki. Szok cywilizacyjny, bo nie spodziewaliśmy się tak nowoczesnego kraju.

Samsun zdobyliśmy przed północą i po spędzeniu nocy – rano ruszyliśmy całą grupą do Batumi. Po drodze jeszcze wspaniała kąpiel w morzu Czarnym i pyszne jedzenie w przydrożnej knajpce. Czekała nas jeszcze granica turecko-gruzińska i tej się trochę obawialiśmy. Jest to jedyne przejście w tej okolicy i spodziewaliśmy się nielichego korka. Okazało się jednak że zajęła nam tylko półtorej godziny z racji idealnej pory wieczornej (inne ekipy – do ośmiu godzin).

Wjazd do Gruzji to mały szok. Po pierwsze chaos na granicy, po drugie – widok policji w Fordach Interceptorach (spotkać je można tylko w USA i właśnie w Gruzji), po trzecie – tam nie ma ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej! Wszyscy jeżdżą jak wariaci kompletni i nie mają OC. Nie mieściło nam się to w głowach. Nasza Zielona Karta jest tam nieważna i my też nie mieliśmy OC. Podobno można je kupić na granicy dobrowolnie, ale wszyscy robili wielkie oczy – pierwsze o tym słysząc. No nic, jedziemy bez. Batumi osiągnęliśmy tuż przed północą i zameldowaliśmy się w Freedom Hostel Batumi, prowadzonym przez szalonego Tomka;-) O tym co się działo jak Polacy spotkali się na obczyźnie – nie będę pisał;-) Była pyszna zabawa.

Rano, ósmego września (znaczy koło południa;-) musieliśmy zdobyć nowe klaksony do Żuka, bo stare padły, a w Gruzji bez tego elementu nie ma jazdy. Wycieczka na bazar, wybraliśmy największe i najgłośniejsze. Montaż, próby – można będzie jechać bezpiecznie przez ten fascynujący kraj. Resztę dnia spędziliśmy na nicnierobieniu i odpoczywaniu. Powoli docierały kolejne załogi i wszyscy dopiero następnego dnia mieliśmy ruszyć do ostatniego etapu – miejscowości Uplistsikhe w regionie Gori. Znajduje się tam skalne miasto, zamieszkiwane jeszcze do XIV wieku.

Gruzini przygotowali dla nas na miejscu wspaniały biwak, ze specjałami kuchni gruzińskiej, śpiewami i innymi atrakcjami. Wspaniały czas i cudowny odpoczynek. Dotarliśmy cali i zdrowi – wszystkie 11 załóg. Noc była naprawdę dłuuuuga i bardzo wesoła;-)

Dziesiątego września po zwiedzeniu miasta i znakomitej wyżerce, wraz z Limbową wystartowaliśmy na Gruzińską Drogę Wojenną. Inne załogi pozostały jeszcze na miejscu i dostarczyły wszystkie przywiezione dary dla dzieci gruzińskich. Spotkaliśmy się z nimi jeszcze później, w kilku miejscach w Gruzji. Drogę Wojenną zbudowano przed wiekami, ale dopiero od XIX wieku ma ona duże znaczenie strategiczne i dlatego jest przejezdna przez cały rok. Chcieliśmy dotrzeć pod górę Kazbek i wjechać Żukiem pod monastyr będący jednym z symboli tego kraju. Jednak nie zdążylibyśmy tego dnia dotrzeć do celu za dnia – więc spędziliśmy po drodze jedną noc na dzikim biwaku nad rzeką. Dopiero rano ruszyliśmy piękną drogą do celu.

Na miejscu okazało się że Żuk niestety nie da rady wjechać pod sam monastyr. Pokonałem nim jakieś 30-40% trasy i zrezygnowałem. Trzeba wiedzieć kiedy się poddać. Zbyt trudna droga, zbyt ciężkie auto i zbyt wielu szalonych Gruzinów w małych terenowych Delicach na tym odcinku. Poszliśmy więc na nogach pod górę, choć bardzo tego nie lubię. I doszliśmy;-) A potem zjechaliśmy z szalonym Gruzinem do naszego Żuka;-) Dobrze że zrezygnowałem z pchania się pod górę Żukiem – dopiero zjeżdżając zobaczyłem co jeszcze nas czekało na tej drodze. Może gdyby Gruzini nie jeździli jak szaleni – zdecydowałbym się na wjazd, ale pośród nich to byłoby samobójstwo…

Zjechaliśmy do Tbilisi gdzie planowaliśmy nocleg, ale to miasto kompletnie nas odrzuciło. Półtora, do dwóch milionów mieszkańców (50% Gruzinów tam mieszka), chaos, zapach spalin, ciasno, ogólnie nie podobało nam się. Dlatego szybka decyzja – lecimy do Peter’s Guest House w Kachetii. To hostel prowadzony od trzech lat przez wspaniałą parę Polaków – Celinę i Piotra. Jechaliśmy już sami, bo Limbowa ruszyła zdobyć Azerbejdżan, którego my nie mieliśmy w planach. Dotarliśmy do celu tuż przed północą i długo nie poszliśmy spać, rozmawiając o Polsce i Gruzji z naszymi gospodarzami.

Następny dzień to odpoczynek. Wraz z Celiną odwiedziliśmy winnicę i fabrykę gruzińskiego wina. Jest doskonałe! Widzieliśmy jak powstaje, degustowaliśmy różne szczepy z kieliszków i winogrona wprost z krzaka. Coś niesamowitego. Potem wspólny wieczór na tarasie, wraz z gospodarzami i parą Polaków spotkanych u nich. Opowieści, rozmowy, wino, jedzenie – cudo. Chętnie byśmy jeszcze tam zostali, ale następnego dnia musieliśmy dojechać do Batumi – ze Szkocji leciał Krzysztof (nasz załogant z rajdu afrykańskiego), który miał odebrać niebieskiego Peugeota od Jędrzeja i wrócić nim do Polski razem z nami.

Dojazd do Batumi to 470 km koszmaru drogowego. Gruzin nie czeka, Gruzin za kierownicą nie myśli dalej niż 2 metry przed maskę, Gruzin się spieszy jak nikt inny. Wyprzedzanie pod górę, na zakręcie, bez widoczności, na trzeciego – to norma. Kiedy zatrzymaliśmy się przed przejazdem kolejowym, jak wszyscy (bo zamknięty był), po prawej, poboczem, wyminęło nas ze sześć aut! Nigdy, żadna droga w żadnym kraju tak nas nie wyczerpała psychicznie. Nasze 70 koni mechanicznych w starciu z szybkimi autami jakie posiadają Gruzini to było potężne wyzwanie. Na szczęście nowy klakson wydatnie pomagał w jeździe;-)

Batumi osiągnęliśmy wieczorem, znowu Freedom Hostel i spotkane tam załogi rajdowe. Długa, wspaniała noc. Rozmowy, zabawa, integracja. Rano zjawił się Krzysztof – wprost z samolotu. Zaczęliśmy się szykować do wspólnego wyjazdu, ale plany sobie, a życie sobie. Ruszyliśmy sami do tureckiej Kapadocji, a Peugeot miał nas tam dogonić. Jechaliśmy całe popołudnie i noc – rano dotarliśmy do celu, idealnie o czasie i mogliśmy zobaczyć setkę balonów w powietrzu nad doliną. To był nasz bardzo ważny cel – przelecieć się nad Kapadocją balonem na ogrzane powietrze. I udało się go bez problemu zrealizować za 60 euro od osoby – już następnego ranka. Przeżycie jedyne w swoim rodzaju i warte wszystkiego. Idealnie płynny lot, widoki zapierające dech w piersiach, cisza, spokój. Bajka.

Jeszcze kąpiele w basenie na campingu, odpoczynek, pranie i inne obozowe czynności przed dalszą drogą. Serwis aut – w Żuku dolaliśmy litr oleju i nasmarowaliśmy zawieszenie. Peugeot też wymagał kilku dolewek płynów i kontroli stanu technicznego. Ruszyliśmy w kierunku Ankary a potem Istambułu. Idealna turecka autostrada z podjazdami nieraz na dystansie kilkunastu kilometrów. Do tego solidny upał – łatwo nie było. Ale się udało – po północy przekroczyliśmy Bosfor, mimo potężnych korków w mieście i zmierzaliśmy do greckich Salonik. Tylko że nie dotarliśmy;-) Pokonało nas zmęczenie i spędziliśmy dzień na campingu w Grecji. Kąpiel w kolejnym morzu – tym razem Egejskim. Ciepłe, wspaniałe, bez rekinów.

Popołudnie i ruszamy dalej. Chcemy dojechać na strzała do Czarnogóry przez Albanię. Mamy jeszcze kilka dni i chcieliśmy spędzić je w tym kraju – bo wcześniej tylko go „polizaliśmy”. Jedziemy więc przed siebie, zatrzymując się w różnych fajnych miejscach na jedzenie. Do celu docieramy wczesnym popołudniem następnego dnia. Wjeżdżamy nad Kotor – 1200 metrów nad zatoką znajduje się „patelnia” – wymurowany z kamienia taras widokowy. Już raz na nim spaliśmy i chcemy powtórzyć to doświadczenie. Sam wjazd bardzo malowniczą drogą zachwyca tych z nas którzy tam jeszcze nie byli. Spędziliśmy tam prawie 24 godziny, chłonąc wrażenia i świetnie się bawiąc, a potem jeszcze wjechaliśmy kilkaset metrów wyżej – do mauzoleum Piotra Niegosza – twórcy współczesnej Czarnogóry.

Plan mieliśmy śmiały – 3 dni w tym kraju. Niestety deszcz dopadł wreszcie i nas i nic nie zapowiadało zmiany pogody na lepszą. Decyzja załogi – ruszamy przez Bośnię do Polski. I tak też zrobiliśmy – 1600 kilometrów w jednym ciągu, z postojem w Sarajewie. Odwiedziliśmy miejsc gdzie 103 lata wcześniej zginął  z rak zamachowca arcyksiążę Ferdynand wraz z małżonką. To wydarzenie rozpętało I wojnę światową.

Do domu dojechaliśmy wieczorem, dwa dni przed zaplanowanym czasem. Nie można czasem mieć wszystkiego;-(

Dla miłośników statystyki – trochę cyferek:

– 10 506 przejechanych kilometrów
– 982 litry spalonego paliwa
– 9,35 l/100 km – średnie zużycie paliwa
– 15 przekroczonych granic
– 12 krajów
– 10 minut – najkrótszy czas na granicy
– 90 minut – najdłuższy czas na granicy
– 2415 metrów – najwyższe wzniesienie
– 1625 km – najdłuższy dystans pokonany bez noclegu i długiej przerwy
– jedna pęknięta felga
– jedno zwarcie w instalacji rozwiązane w minutę
– jedno smarowanie zawieszenia po drodze

Co na koniec? Na koniec powiem Wam że warto wyjść z domu…

Dziękujemy wszystkim których spotkaliśmy, z którymi spędzaliśmy miło czas i którzy z nami dobrze się czuli. Naszym sponsorom i darczyńcom. Bez Was to nie byłoby to samo…

Jeśli podobają się Wam zdjęcia to tutaj link do pełnej galerii – https://photos.app.goo.gl/cVJKonzsZ0ZiUQOT2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *